Od Kukeri po Nestinari – zaginiony świat bułgarskich rytuałów i tradycji ludowych, które wciąż można obejrzeć nad Morzem Czarnym
Gdy myślicie o Bułgarii, pewnie pierwszym skojarzeniem jest złocisty piasek Słonecznego Brzegu, ciepłe wody Morza Czarnego, może smak soczystych pomidorów czy aromatycznej rakii. I słusznie, bo to wszystko jest częścią bułgarskiego uroku.
Warto wejść w Bułgarię znacznie głębiej, poza utarte szlaki turystyczne, w samo serce bułgarskiej duszy, gdzie pradawne echa wciąż rozbrzmiewają w niezwykłych obrzędach. Do świata Kukeri – groźnych, lecz dobrotliwych maszkar, tańczących przeciwko złu, oraz Nestinari – tajemniczych tancerzy na ogniu, którzy stąpając po rozżarzonych węglach, zdają się rozmawiać z samymi niebiosami.
Trzeba sobie zdać sprawę z jednego: bułgarska kultura ludowa to nie jest jakiś tam skansen dla turystów. To żywy, pulsujący organizm. To bulgocący kocioł, w którym od wieków mieszają się starożytne, pogańskie wierzenia – te wszystkie modły do Matki Ziemi i prośby o dobre plony – z naukami Chrystusa, które przyszły tu później, ale z wielką siłą. I z tego kotła wylazły takie cuda, że głowa mała!
Tkanka bułgarskiej duszy – więcej niż folklor
Weźmy na przykład takich Surwakarów. Chłopaki, często jeszcze z mlekiem pod nosem, pierwszego stycznia biegają od chałupy do chałupy z gałązkami derenia. Ale nie byle jakimi! Te „surwaczki” to istne dzieła sztuki – przystrojone kolorową wełną, suszonymi owocami, a nawet popcornem! I tymi cudami okładają domowników po plecach, krzycząc życzenia zdrowia i pomyślności.
Brzmi jak nasze kolędowanie? Pewnie, że tak! A Baba Marta? Pierwszego marca cała Bułgaria tonie w czerwieni i bieli. Ludzie wymieniają się Martenicami – małymi plecionkami z wełny, które mają przynieść zdrowie i szczęście. Nosi się je dumnie, aż dojrzy się pierwszego bociana albo kwitnące drzewo. To nie zabobon, to kawał pięknej tradycji, która łączy ludzi.
A wiecie, że kiedyś Bułgarzy urządzali „mysie święta”, żeby przebłagać gryzonie i ocalić zbiory? Albo „męskie wesela”, które były czymś w rodzaju szkoły przetrwania dla młodych chłopaków? Każdy z tych zwyczajów to jak kapsuła czasu, opowieść o tym, jak ludzie radzili sobie ze światem, zanim wynaleziono smartfony i prognozę pogody na pięć dni. I właśnie na tym gruncie, przesiąkniętym magią i wiarą, wyrosły nasze dzisiejsze gwiazdy: Kukeri i Nestinari.
Kukeri, czyli taniec przeciwko złu, hymn na cześć życia
Wyobraźcie sobie scenę jak z najlepszego horroru, a zarazem… najbardziej radosnego festiwalu! Jest mroźny, zimowy świt. Gdzieś w zapadłej bułgarskiej wsi powietrze tnie przeszywający dźwięk, jakby tysiąc dzwonów kościelnych oszalało naraz. I wtedy, z tej szarej, mroźnej nicości, wyłaniają się ONI. Kukeri! Jeśli myślicie, że widzieliście już straszne przebrania na Halloween, to… pomyślcie jeszcze raz! To nie są amatorzy. To zawodowcy w straszeniu i… błogosławieniu! Mężczyźni – chociaż ostatnio coraz częściej dołączają do nich kobiety i dzieciaki – od stóp do głów zakutani w skóry. Kozie, owcze, czasem nawet wilcze czy niedźwiedzie, jeśli się trafiło. A na twarzach? Maski! Ale nie jakieś tam papierowe wycinanki. To są potężne, drewniane rzeźby, prawdziwe dzieła sztuki ludowej, które równie dobrze mogłyby stać w muzeum, gdyby nie ich święte zadanie.
Jedne wykrzywione w przerażającym grymasie, inne z rogami jak u samego Lucyfera, jeszcze inne ozdobione piórami, koralikami, kawałkami luster, które odbijają każdy promień światła, tworząc hipnotyczny spektakl. Podobno każda z tych masek ma swoją moc – jedna przegania choroby, inna zapewnia płodność. Ale prawdziwa broń Kukerów to czanowe – ogromne, miedziane dzwony przytroczone do ich pasów. I to nie byle jakie dzwoneczki! Niektóre z tych potworów ważą kilkadziesiąt kilogramów! Gdy Kukeri zaczynają swój taniec – a jest to taniec dziki, pełen podskoków, potrząsania biodrami, niemal transowy – cała ziemia drży pod ich stopami, a kakofonia dźwięków, którą tworzą, ma ponoć taką siłę, że wszystkie złe duchy, demony zimy i inne paskudztwa uciekają, gdzie pieprz rośnie.
Kukeri – trackie misteria dionizyjskie
Skąd się wzięli ci niesamowici wojownicy? Legendy mówią, że ich korzenie sięgają czasów trackich, tych samych, którzy zostawili po sobie złote skarby i tajemnicze grobowce. Kukeri to jakby echo pradawnych misteriów na cześć Dionizosa, boga wina, ekstazy i wiecznego odradzania się przyrody. W swoim tańcu odgrywają ten sam dramat: śmierci zimy i narodzin nowego życia.
Ale Kukeri to nie tylko hałas i straszenie. W ich rytuałach jest też miejsce na bardziej… przyziemne sprawy. Przebierańcy często odgrywają scenki symbolizujące orkę, siew, a nawet wesele. Wszystko po to, by zapewnić wsi urodzaj, zdrowie i pomyślność w nadchodzącym roku. Obchodzą też domy, składając życzenia i zbierając datki – trochę jak nasi polscy kolędnicy, tylko w znacznie bardziej ludowej wersji.
Kukeri – gdzie obejrzeć?
Czy Kukeri to już historia? Nic z tego! Kukeri wciąż żyją i mają się świetnie! Najsłynniejszy festiwal, „Surva” w Perniku, co roku przyciąga tłumy i jest nawet wpisany na listę UNESCO. Ale te obrzędy, pod różnymi nazwami – Kukerowden, Kukowden, Starczowden – odbywają się w wielu miejscach Bułgarii, zwłaszcza między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą.
A co z wybrzeżem, zapytacie? Czy tam też można spotkać tych futrzastych oryginałów? Oczywiście! Może nie są tak wszechobecni jak mewy, ale w regionie Burgas, na przykład we wsi Wresowo, tradycja kukerska ma się całkiem nieźle. A to zaledwie 55 kilometrów od Słonecznego Brzegu. Może tutejsze Kukeri są trochę mniej „owłosieni”, a ich stroje bardziej kolorowe, z większą ilością wstążek i tkanin, co jest typowe dla Tracji Wschodniej, ale energia i cel pozostają te same: przegonić zimę i przywitać wiosnę z przytupem. Warto więc mieć oczy i uszy szeroko otwarte, będąc w okolicach Słonecznego Brzegu zimową porą – nigdy nie wiadomo, na jakie cuda można trafić!
Nestinari – gdy ogień staje się modlitwą, a taniec rozmową z sacrum!
Nestinari to coś, co naprawdę przekracza granice wyobraźni. W świecie Nestinari ludzie tańczą na rozżarzonych węglach. Nie na ciepłym piasku, nie na dywanie z róż, ale na ogniu! To jeden z najbardziej tajemniczych i hipnotyzujących rytuałów, jakie można zobaczyć w Europie. Wyobraźcie sobie spowitą mrokiem czerwcową noc, gdzieś w sercu dzikich gór Strandża, niedaleko Morza Czarnego. Z oddali dobiega hipnotyczny, pulsujący rytm bębna – typana – i przeszywający, zawodzący dźwięk gajd, bułgarskich dud. W centrum wsi, na niewielkim placu, płonie ognisko, a obok niego, niczym dywan z piekła rodem, żarzy się kilkumetrowy krąg rozpalonych do białości węgli. Wokół tłoczą się ludzie, a pośród nich ONI – Nestinari. W rękach trzymają ikony swoich patronów – świętych Konstantyna i Heleny, przystrojone w czerwone szaty i ozdobione srebrnymi monetami, jakby szykowały się na królewski bal.
I nagle, wśród tego napięcia, jedna z Nestinarek – bo częściej są to kobiety, choć mężczyźni też potrafią – wpada w trans. Zaczyna drżeć, jej oczy stają się nieobecne, a potem, z jakimś dzikim okrzykiem, wbiega prosto na żar! I tańczy! Tańczy boso, lekko, jakby unosiła się nad płomieniami, jakby ogień był jej przyjacielem, a nie śmiertelnym wrogiem. To trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć!
Nestinari – geneza tańców w ogniu
Skąd wzięła się ta niezwykła tradycja? Tutaj też tropy prowadzą do starożytnej Tracji, do ich kultów słońca i ognia, do ekstatycznych obrzędów kapłanów, którzy potrafili wprowadzać się w stany odmiennej świadomości. Przy czym nie chodzi o takie wprowadzanie się w stan odmiennej świadomości, jakie praktykują turyści w Słonecznym Brzegu.
Nazwa „Nestinari” też jest zagadką – jedni mówią, że pochodzi od greckiego „anastenagmos”, czyli jęku wydawanego w transie, inni, że od „hestia”, czyli ognia. Chrześcijaństwo, jak to często bywa, nadało temu pogańskiemu rytuałowi nową otoczkę, łącząc go z postacią cesarza Konstantyna i jego matki Heleny. Dlatego główny festiwal Nestinarów odbywa się co roku 3 czerwca, w ich święto.
Ale Nestinarstwo to nie tylko taniec na ogniu. To cały cykl obrzędów, zwany panagir. Zaczyna się od odwiedzin świętych źródeł, oczyszczenia ikon, złożenia ofiary ze zwierzęcia. Każda wspólnota Nestinarów ma też swoją stolninę – specjalny dom, jakby kaplicę, gdzie przechowuje się święte bębny i ikony. To miejsce mocy, dostępne tylko dla wtajemniczonych.
A sam taniec? To kulminacja. Nestinari twierdzą, że w transie nie czują bólu, że ogień ich nie parzy. I rzeczywiście, ich stopy często pozostają nietknięte. Wierzy się, że w tym stanie mają dar jasnowidzenia, przepowiadania przyszłości, uzdrawiania. Są jakby antenami, które odbierają sygnały z innego świata. To widowisko, które przyprawia o dreszcze – mieszanka strachu, podziwu i jakiegoś pierwotnego, mistycznego doświadczenia.
Gdzie w Bułgarii można obejrzeć taniec na rozżarzonych węglach?
Gdzie szukać tych cudów? Prawdziwym sercem Nestinarstwa są góry Strandża, ten dziki, zalesiony zakątek Bułgarii tuż przy granicy z Turcją. To tam, we wsiach takich jak Byłgari, tradycja ta jest wciąż żywa i przekazywana z pokolenia na pokolenie. To tak niezwykłe zjawisko, że w 2009 roku Nestinarstwo trafiło na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO.
Oczywiście, jak każda stara tradycja, i ta zmaga się z nowoczesnością. Młodzi nie zawsze chcą wchodzić w buty swoich przodków. A czasem, niestety, rytuał staje się tylko turystyczną wydmuszką, pokazywaną w hotelach nad morzem, bez tej głębi i prawdziwej duchowości. Ale gdzieś tam, w sercu Strandży, ogień wciąż płonie prawdziwym żarem, a Nestinari wciąż tańczą swój święty taniec.
Przeszłość wciąż żywa – dlaczego te tradycje tak nas kręcą?
No dobrze, ale po co nam to wszystko wiedzieć? Dlaczego te stare, czasem brutalne i dziwaczne rytuały wciąż nas tak fascynują w czasach Internetu i lotów w kosmos? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Kukeri, z tym swoim hałasem i dzikim tańcem, przypominają nam, że walka dobra ze złem to nie bajka dla dzieci, ale coś, co dzieje się tu i teraz. Że potrzebujemy czasem takiego rytualnego „oczyszczenia”, żeby iść dalej. A Nestinari, ci tancerze na ogniu? Oni pokazują, że człowiek ma w sobie niezwykłą siłę, odwagę, by przekraczać granice, by dotknąć tego, co niepojęte.
W dzisiejszej Bułgarii te tradycje to coś więcej niż tylko wspomnienie. To ważna część tożsamości, sposób na powiedzenie: „hej, jesteśmy stąd, mamy swoją historię, swoje korzenie i jesteśmy z nich dumni!”. W świecie, który coraz bardziej się ujednolica, takie perełki lokalnej kultury są na wagę złota.
A my, Polacy, podróżując po słonecznej Bułgarii, mając w głowie te opowieści, być może spojrzymy na ten kraj inaczej. Może ktoś wpadnie do muzeum etnograficznego w Burgas, gdzie wiszą niesamowite maski Kukerów zamiast na kolejną komercyjną atrakcję dla turystów all inclusive?